Kanały:
Wpisy
Komentarze

Imaginarium of Doctor Parnassus

Parnassus (2010)

reżyseria: Terry Gilliam

scenariusz: Terry Gilliam

zdjęcia: Nicola Pecorini

obsada: Heath Ledger, Christopher Plummer, Tom Waits, Johnny Depp, Jude Law, Colin Farrell

muzyka : Mychael Danna

ocena: 4+/6

Terry Gilliam, amerykańskie dziecko w szeregach Monty`ego Pythona, mistrz iluzji, wizualny wizjoner, po raz kolejny zasiadł za kamerą. Ponownie swoją wyobraźnią próbuje zaczarować widza, tym razem w filmie „Parnassus. Człowiek, który oszukał diabła”. Gilliam próbuje rozerwać granice filmowe i stworzyć prawdziwą imaginację, zwariowane dziecko własnego umysłu, które tylko nieliczni będą w stanie pokochać.

Parnassus miał jedną misję: snuć opowieść, która tworzyła historię wszechświata. Był idealistą, wierzył w to co robił. Jego świat został zachwiany przez tajemniczego przybysza – Diabła, który nagiął ideały mnicha i zaoferował mu ciekawą ofertę – zakład, którego nagrodą była nieśmiertelność. Parnassus podejmuje grę z Diabłem od tysiąca lat, ale tym razem stawka jest o wiele większa – nagrodą ma być jego córka. Z niezwykłą motywacją zgadza się na pojedynek i staje do walki. Ta walka jednak jest zgoła inna, gdyż w diabelską grę wplątuje się tajemniczy nieznajomy.

Widowiskowa gra, którą toczą ze sobą Parnassus i Diabeł jest punktem wyjścia dla fabuły filmu. Narratorem nie jest, jak mogłoby się wydawać, tajemniczy Tony czy sam Parnassus, a pan Nick – diabeł. To on prowadzi zakład, manipuluje Parnassusem. Tom Waits (Diabeł) tworzy niekonwencjonalny wizerunek Szatana. Nie jest w swej naturze zły, nie kieruje nim cierpienie ludzi. Jest tricksterem, szachrajem – nie jest jego celem nieszczęście Parnassusa, a jedynie prowadzenie dalszej gry. Ważny jest też fakt, że Pan Piekieł nie czyni źle, a jedynie  przedstawia opcję, którą ludzie w swej naiwności wybierają. Waits prowadzi swoją postacią Parnassusa do podjęcia wyzwania: stworzenia niecodziennego przedstawienia.

Tom Waits ubrany w gustowny garnitur, kapelusz zagrał swoją rolę perfekcyjnie. Jednak nie jest jedynym aktorem, który film Gilliama uzna za sukces. Młoda Lily Cole jako córka Parnassusa grała jak doświadczona aktorka – kiedy trzeba rozmarzona dziewczynka lub kokieteryjna uwodzicielka. Najważniejszym elementem dotyczącym obsady była próba zastąpienia tragicznie zmarłego Heatha Ledgera (świetna rola). Depp, Law, Farrell mieli pociągnąć dalej Imaginarium. Zmiany aktorów zostały dobrze przemyślane i nie odczuwa się ich w znaczący sposób (Feduś!). Law i Depp swoje epizody mieli dość krótkie, ale wywiązali się z aktorskich obowiązków perfekcyjnie. Jeśli chodzi o Farrella to nie wiem jak go potraktować. Czy jego nieudolność wynikała z powierzonej mu roli czy może ze słabej gry?

Imaginarium miało zachwycać widowiskowością i magią. Terry Gilliam próbował swoje nieskrępowane wizje przenieść na skrępowany budżetem film. W tym potencjalnie magicznym filmie za mało jednak jest magii. Nie ma wspaniałych przebłysków. Efekty wizualne są przyjemne – zwłaszcza biorąc pod uwagę budżet daleko odbiegający od budżetu filmów hollywoodzkich. Jednak w tym wszystkim brakuje wykończenia tzw. Kropki nad i. W efekcie końcowym imaginarium zostaje tylko obrazem, w którym widz nie ma wstępu do tego fantastycznego świata. Dodatkowo reżyser komplikuje nawet linię fabularną – kręcąc i mącąc zawiłą historię Tony`ego. W jednej części odczuwamy braki, w drugiej przesyt.

Parnassus to Gilliam, którego wyobraźnia nie ma granic. Obydwaj walczyli o swoją nieśmiertelność, i obydwaj zrozumieli, że nie wszyscy już łakną ich opowieści. Gilliam jest dziełem dla wybranych, którzy go rozumieją i kochają. „Imaginarium..” jest pełne czarnego humoru, znanego z pynthonowskiej działalności Gilliama. „Parnassus. Człowiek, który oszukał diabła” jest dziełem, które każdemu przyniesie wytchnienie, ale nie zapewni niezapomnianych wrażeń. Pozostaje czekać, aż znajdzie się ktoś kto będzie wstanie finansowo zobrazować umysłową poezję Terry`ego.

P.S

Seans w dniu rocznicy śmierci Ledgera.

FlashForward

FlashForward (2009)

scenariusz: David S. Boyer

obsada: John Cho, Jack Davenport, Joseph Fiennes, Dominic Monaghan

ocena: 3/6

Dwie minuty i siedemnaście sekund z życia każdego człowieka. Dwie minuty, które były jednocześnie końcem i początkiem. 137 sekund, w których każdy zobaczył swoją przyszłość. Mocne wejście, co? Teraz już tak nie będzie. Te dwie minuty i siedemnaście sekund to podstawa do stworzenia Flashforward. Wszystko, co dzieje się w filmie, związane jest właśnie z tym krótkim odłamkiem czasu.

Wpadłem na Flashforward przypadkowo. Wiecie, jak to ciężko znaleźć taką perełkę serialową, która będzie mocną pozycją fabularną i aktorską. Flashforward taką perełką się wydawał – mocne nazwiska Fiennes, Cho, Davenport, a nad nimi sprawujący pieczę David S. Goyer, odpowiedzialny za Blade, Batmana czy Jumpera. Do tego dość pokaźny jak na serialową produkcję – budżet. Efektem końcowym produkcji jest to, że Flashforward jest pomyłką przy pracy, psikusem od producentów, albo po prostu kolejnym serialem w ciągu telewizyjnym.

Niespodziewane przez nikogo wydarzenie sprawia, że na 2 minuty i 17 sekund cała ludzkość traci przytomność. Przez ten czas każdy widzi kawałek swojej przyszłości. Jednak dopiero rzeczywistość, do której wrócili, może zweryfikować czy przyszłość się sprawdzi. Agent FBI, Mark Benford, w swojej wizji był prowadzącym śledztwo, które dotyczy tajemniczego przebłysku. Nowojorska agenda FBI tworzy Mozaikę – magazyn ludzkich wizji. Mark musi zmierzyć się ze swoją przyszłością, z nadchodzącymi problemami rodzinnymi oraz z nieznanymi osobami, sprawcami niecodziennego wydarzenia

AXN lubi takie kryminalne seriale. Osoby, odpowiadające za przebojowe CSI czy Terminatora: Kroniki Sary Connor, usiadły pewnie w małej salce na najwyższym piętrze biurowca AXN, potem spaliły trochę trawki i każdy z nich miał dwuminutową wizję. Jedynie taki scenariusz przychodzi mi do głowy na temat twórców Flashforward. Sam pomysł tytułowego przebłysku jest jeszcze całkiem niezły, ale te wszystkie kręcenia fabularne doprowadzają do bólu głowy. Po 10 odcinkach nie tęskni się za tym serialem, nie ma wyczekiwania na kolejne odcinki. Flashforward nie pozostawia niedosytu, żalu czy jakichkolwiek emocji. Te efektowne przejścia, przerywniki są naprawdę fajne, ale to wszystko.

Boli mnie jeszcze, że mocna obsada zagrała słabo. Wyróżnia się jedynie John Cho, który znany jest bardziej z komediowych pozycji. Niestety Fiennes, Davenport zawodzą i grają zbyt schematycznie, mało ciekawie. Dobrą kreację stworzył jeszcze Dominic Monaghan, ale jego rola jest krótka. Boyer chyba za bardzo wczuł się w klimat super bohaterów i przeniósł to na ekrany telewizorów. Za dużo w tym serialu jest ratowania świata, a za mało codzienności. W marcu mają wyjść kolejne odcinki FlashForward, a w nich rozwiązanie zagadki przebłysku. Mam cichą nadzieję, że AXN skróci męki swoich widzów i agenci FBI szybko rozwiążą ten problem, a stacja zajmie się szukaniem perełki do wyemitowania.

Largo Winch

Largo Winch (2008)

reżyseria: Jerome Salle

scenariusz:  Julien Rappeneau

zdjęcia:  Denis Rouden

obsada:  Tomer Sisley, Kristin Scott Thomas

muzyka: Alexander Desplat

ocena:  4/6

„Largo Winch” – jeszcze przed premierą okrzyknięty francuskim Bondem. Miał stawić czoła swojemu angielskiemu odpowiednikowi i potwierdzić, że Francuzi też swojego agenta mogą mieć. Jerome Salle nie poszedł jednak drogą sąsiadów zza morza i wizerunek Largo został zbudowany na innym podłożu.

Largo Winch jest miliarderem, ale tak naprawdę fortuna nie jest dla niego najważniejsza. Stara się chronić swoją prywatność przed wpływem swojego ojczyma. Śmierć przybranego ojca sprawia, że Largo musi walczyć o spadek, który został mu pozostawiony, a przy okazji zmierzyć się z własną przeszłością. Jego przeciwnikami okażą się najbliżsi współpracownicy ojca. Walka z nimi zmusi Winch`a do sprzymierzenia się z potencjalnymi wrogami.

Jak francuski Largo prezentuje się w stosunku do wyspiarskiego Bonda? Nie inaczej jak świetnie! Przede wszystkim Largo jest skromniejszy, mniej wybajerzony, przystojniejszy i bardziej ludzki. Anglik znany jest z zamiłowania do drogich samochodów, masy gadżetów oraz ze swojego nienagannego stylu. Largo nijak ma się do schematów Bonda. Jest zawsze luźno ubrany, ale nigdy nie wygląda niechlujnie. Nie korzysta z różnych ciekawych zabawek, a wygląd środka komunikacji nie jest ważny. Largo jest bliższy widzom. Jest jedna rzecz, która łączy zestawianych bohaterów – kobiety, zawsze atrakcyjne. Tomer Sisley, tytułowy Largo, sprawia wrażenie chłopaczka z sąsiedztwa. Ze swojego obowiązku aktorskiego wywiązał się stuprocentowo.

Reżyser Jerome Salle potraktował adaptację komiksu poważnie. Świadczy o tym zaangażowanie Alexandra Desplata – najlepszego francuskiego kompozytora muzyki filmowej. Zdjęcia, które kręcono na wybrzeżu Morza Śródziemnego wyglądają fantastycznie. Ekipa naprawdę się postarała i mimo że budżet wielomilionowy nie był, to film, jaki zaprezentowali, jest naprawdę na fajnym, wysokim poziomie.

„Largo winch” niestety nie ma szans w starciu z brytyjskim gigantem. Nie ma szans zmierzenia się z wieloletnią historią agenta wywiadu, z jego szeroką publicznością. Nie świadczą o tym wyniki światowe, a wyniki francuskich kin, które doprowadziły do jednej refleksji – Largo Winch został niedoceniony. Ciekawe kiedy Polacy doczekają się swojego Bonda? (aby nie agent Tomek)

Sherlock Holmes

Sherlock Holmes (2010)

reżyseria: Guy Ritchie

scenariusz: Michael Robert Johnson

zdjęcia:  Philippe Rousselot

obsada: Robert Downey Jr., Jude Law, Rachel McAdams, Mark Strong

muzyka: Hans Zimmer

ocena: 5-/6

Gustowny kapelusz, elegancki płaszcz i fajka to elementarne atrybuty doylowskiego Sherlocka Holmes`a. Guy Ritchie zaskoczył widzów i odbiegł od tradycyjnej wizji najbardziej znanego na świecie detektywa. Sięgnięcie po tą charakterystyczną postać było dla reżysera kluczem do powrotu na hollywoodzkie salony. Sherlock jest niekończącą się żyłą złota dla każdego, podejmującego jego historię.

Ritchie, zanim zabrał się za kręcenie filmu, z lekarską precyzją zajął się wizerunkiem detektywa i jego przyjaciela. Przede wszystkim odstawił wymienione na początku elementy i z eleganta stworzył roztrzepanego zawadiakę. W ritchowskim wydaniu Sherlock jest ekscentrycznym bokserem, a w domowym zaciszu – mało ogarniętym skrzypkiem. Mimo wszystko nie braknie mu nic z jego wysoko rozwiniętego intelektu. Odświeżenia wymagał też najwierniejszy przyjaciel i powiernik detektywa – dr Watson. Na potrzeby filmu stracił swoją apteczkę, a zyskał trochę doświadczenia bojowego. Fani powieści Sir Arthura Conan Doyle`a (a i on sam pewnie też) zastanawiają się czy, aby Ritchie nie poszedł za daleko?

Londyn pod koniec XIX w. Sherlock Holmes z pomocą swojego przyjaciela Watsona rozwiązał kolejną zagadkę, z którą Scotland Yard nie mógł sobie poradzić. Zamknięcie lorda Blackwooda nie jest jednak końcem problemów. Detektyw musi stawić czoła zagadkom wykraczającym poza granice zwykłej dedukcji oraz zmierzyć się z członkami magicznego zakonu. Fabuła Sherlocka może nie jest grubymi nićmi szyta, ale w zupełności wystarczy dla widza. Jest stonowana i doskonale współgra z efektami. Z biegiem wydarzeń możemy sami prowadzić własną linię dedukcyjną, a spostrzeżenia bohaterów stopniowo prowadzą nas do rozwiązania zagadki. Doskonałym zabiegiem twórców było podkreślanie szczegółów kluczowych dla całej zagadki. Ritchie funduje widzom lekką intelektualną walkę.

Fenomenalna! Fenomenalna gra aktorska Roberta Downeya Jr. i Jude Law. Ci dwaj charyzmatyczni aktorzy stworzyli właśnie niesamowite widowisko i byli jak fajerwerki w karnawałową noc. Niepowtarzalny Downey Jr., który jak człowiek orkiestra podejmuje różnorodne role, tym razem perfekcyjnie zagrał postać detektywa. Odzwierciedleniem moich słów są oczy aktora – obłąkane w jakimś niezwykłym szale. Oczy człowieka, który całe życie poświęca dedukcji. Jednak intelekt, choć niezwykle ważny w życiu detektywa, nie gra pierwszych skrzypiec. Jest jeszcze niezwykła tężyzna fizyczna i zawadiacka postawa, która czyni bohatera niezwykle barwną i charyzmatyczną postacią. Robert Downey Jr. oddał swoją postać znakomicie, ale sukces zawdzięcza też partnerowi z planu. Jude Law, grający zaufanego przyjaciela Sherlocka, bawi swoją aprobatą na intelektualne wyskoki przyjaciela. Nawet kuśtykając, dla złoczyńców jest groźnym przeciwnikiem.

Zastanawiam się co napisać o reszcie obsady. Rachel McAdams bez wątpienia jest bardzo uwodzicielska, ale jej rola w Sherlocku nie była powalająca. Tak samo jak rola Marka Stronga – złego Lorda Blackwooda, który jako czarny charakter nie był przekonujący. Grymas na twarzy, wkraczającego do parlamentu łotra, wskazywałby raczej na problemy z żołądkiem, aniżeli dumę z mrocznego planu podbicia kraju.

Jeżeli chodzi o warstwę wizualną to osoby odpowiedzialne za zdjęcia zasłużyły na gromkie brawa. Rozbudowujący się Londyn z jego licznymi ciemnymi uliczkami jest niesamowicie wyrazisty. Doskonale ilustruje to jedna z ostatnich scen, gdy Sherlock wraz z Ireną siedzą na budowie mostu i spoglądają na panoramę Londynu – oszałamiające. Zastanawiam się, jak te sceny przeżywała Malina, siedząc jakżeby inaczej po lewej stronie ekranu. Czy perspektywa z tamtej strony jest tak samo wspaniała?

Podczas całego seansu tylko jedna scena uderzyła mnie swoją bezmyślnością i zbytnim pójściem w stronę brawury i efektów – wybuchy w fabryce. Jednak jest to mały detal w całym morzu filmowych efektów. Do wszystkiego dochodzi jeszcze muzyka mistrza Hansa Zimmera, który, jak to zwykle u niego, doskonale rozumie potrzeby reżysera. Skrzypce, które najczęściej towarzyszą bohaterom, budują napięcie i nie pozwalają uszom odpocząć – i świetnie!

Sherlock Holmes to wykwintna uczta intelektualna, posypana humorem i charyzmą bohaterów. Dzieło starannie wykończone, bez jakichkolwiek fajerwerków. Jeżeli ktoś liczy na wystrzałowe efekty, to też powinien zrezygnować. Ritchie pokazuje nową markę, którą trzeba polubić albo znienawidzić. Ja to zaczynam lubić.

Scenariusz „Avatara”

Mimo, że od premiery światowej „Avatara” minęło już trochę czasu to studio Fox nadal nakręca kampanię promocyjną filmu. Po wydaniu gry i zapowiedziach samego Camerona dotyczących kolejnych części studio zdecydowało się wypuścić do sieci oryginalny scenariusz „Avatara”. Warto zerknąć na strony pisany przez samego reżysera gdyż obfitują one w sceny, które nie znalazły się w ostatecznej wersji filmu.

Link do scenariusza w formie .pdf tutaj

=> http://www.foxscreenings.com/media/pdf/JamesCameronAVATAR.pdf

Zombieland

Zombieland (2009)

reżyseria: Ruben Fleischer

scenariusz:  Rhett Reese,Paul Wernick

zdjęcia:  Michael Bonvillain

ocena: 6/6

Zabójcza komedia – taki slogan twórcy „Zombieland” wykorzystali na plakacie. I wiecie co? – nie pomylili się. Przed obejrzeniem filmu byłem do niego sceptycznie nastawiony. Ruben Fleischer swoją trzecią produkcją (dwie pierwsze to krótkometrażówka i dokument) sprawił, że seans był dla mnie przyjemnością. Przez 88 minut produkcji śmiałem się pełną gębą.

„Zombieland” to zakręcona wycieczka po pełnym krwi wesołym miasteczku. Specjalnie dla widza przygotowane zostały atrakcje, takie jak dom pełen zombie, rollercoaster z zombie. Film nie grzeszy delikatnością, a krwi i flaków jest tu pod dostatkiem. Zombie, padające z rąk bohaterów, tworzą jedną wielką stertę ciał. Rzeź to najlepsze określenie dla tej śmiercionośnej symfonii, a przed tym fantastyczne zabawne preludium.

Reżyser znalazł rozwiązanie, aby w tym chaosie widz znalazł coś dla siebie. Nie boi się urządzić satyrycznego widowiska w posiadłości Billa Murraya, którego śmierć jest bardziej rozrywkowa niż tragiczna. Choć film jest przepełniony samymi zombiakami, to ani na chwilę nie nudzi się ich śmierć. Bohaterzy na różne sposoby zabijają hordy bezmyślnych stworów, a wykorzystują do tego pełen asortyment broni – od pistoletów, strzelb po noże, kije golfowe i piłę. „Zombieland” to naprawdę dobra komedia z elementami horroru.

Nie można zapomnieć także o fantastycznej realizacji i montażu, które dodatkowo potęgują tą komediową otoczkę. To dzięki tym zabiegom strach, przerażenie lub nawet obrzydzenie w jednej chwili zamieniają się w salwę śmiechu. Od samego początku ruszamy w wycieczkę z uśmiechem, gdy Columbus na spół z montażystami tworzą fenomenalny kodeks – jak przeżyć w Zombielandzie. I wiecie co? Na tym nie koniec niespodzianek. Z ekipą nie współpracował żaden znany kompozytor, a cała ścieżka to kawałki grup rockowych, które doskonale wkomponowują się w krwawe sito serwowane przez Fischera.

Obsada? Wąskie grono aktorów pracujące przy tej produkcji zasłużyło na burzę oklasków. Woody Harrelson jest uroczo brutalny, naiwny i bezlitosny. Jesse Eisenberg gra fenomenalnie bohatera bez jaj, którego jedyną cechą jest słodka fajtłapowatość. Emma Stone jest przepiękną intrygantką, a jej filmowa młodsza siostra Abigail Breslin – bezwzględnym dzieckiem. Film jest pełen takich zestawień i nie wiadomo kiedy granice zostają przekroczone. „Zombieland” jest nieprzewidywalny, przerażająco zabawny i zaskakująco pokręcony. „Zombieland” powinno być sztandarową pozycją dla każdego widza lubiącego dobrą komedię i dobry horror.

Znalezione w sieci

Avatar

Avatar (2009)

reżyseria: James Cameron

scenariusz: James Cameron

zdjęcia: Mauro Fiore

obsada: Sam Worthington, Zoe Saldana, Sigourney Weaver, Stephen Lang, Michelle Rodriguez, Giovanni Ribisi

muzyka: James Horner

ocena: 6/6

Cholerny Cameron! To wyrażenie pałętało się w mojej głowie w trakcie seansu najnowszego filmu James`a Camerona „Avatar”. Twórca „Terminatora” i oscarowego „Titanica” tym razem przeszedł samego siebie. Łebski facet z niego, że podjął taką próbę: wielomilionowy budżet i masa speców w wielu dziedzinach. Bardziej łebscy byli producenci i studio, które zainwestowało w pomysł Camerona – pobił wszystkich, a i samego siebie też!

Nie ma co owijać w bawełnę, film jest świetny. Nie można tu co prawda liczyć na mega, super, ekstra rozwiniętą fabułę, ale właśnie o to chodzi. Dzięki takim filmom jak „Avatar” kina mają rację bytu. Efekty to największy atut tego filmu. W tej kategorii„Avatar” zdeklasował rywali („Transformers”, „2012”). Tylko, że to było do przewidzenia u Camerona, który już nie raz pokazywał, co potrafi. „Titanic”, mimo że ubrany w miłosną otoczkę, również był efekciarski, a co było podstawą „Terminatora” – efekty. Teraz już wszyscy wiedzą, że ten reżyser to chodząca żyła złota i gwarantowany sukces.

Fabuła jest prosta, ale nie wieje nudą. Niepełnosprawny weteran wojenny (Sam Worthington), po śmierci swojego brata bliźniaka, dostaje ofertę zastąpienia denata w specjalnej misji na planecie Pandora. Ma dołączyć do zespołu naukowców badających faunę i florę planety oraz kulturę tubylców – przypominających Indian Na`vi. Jake (wojak) dostaje jeszcze inne zadanie, a mianowicie wojskowy zwiad w wiosce rdzennych mieszkańców planety. Tam poznaje piękną (na swój sposób) córkę wodza, która pokazuje mu swoją krainę. Całą sielankę psuje schwarzcharakter pułkownik Quaritch (Stephen Lang), który atakuje tubylców. Cameron nie starał się napisać tu wielce zawiłej historii, a prostą fabułę, która będzie tylko tłem dla całego efekciarskiego świata. Chwila skupienia i każdy wyśledzi w tym filmie powiązania do innych produkcji, a ja wymienię najbardziej rzucającą się w oczy – „Pocahontas”.

Szczerze mówiąc, nie ma co się nad fabułą rozwodzić. „Avatar” to przede wszystkim efekty. Fauna i flora Pandory, rdzenni mieszkańcy, awatary – czyli prawie 90% filmu zrobiona komputerowo. I wyszło to idealnie: wspaniałe, wiszące góry czy drzewa, obejmujące całą planetę. Troszkę tylko Na’vi sztucznie wyglądają, ale nie psuje to praktycznie nic. Cameron dodatkowo upiększył swój film efektem 3D, a jego film stanie się uwieńczeniem początku ery trójwymiarowej w kinie. Niestety kina nie są przygotowane do takiego przedsięwzięcia choćby przez okulary, które albo rozmazują się, albo są niewygodne. O efektach krótko, bo w zamierzeniach miało być tylko ogólnie. Jeszcze tylko o drodze jaką Cameron prowadzi widza przez film. Na początku efektów mało, ale z każdą minutą reżyser daje coraz więcej, aby na sam koniec w wielkiej scenerii batalistycznej wgnieść widza w fotel. Być może James próbował wykrzyknąć krytykom i konkurentom „tak to się właśnie robi”.

Jeszcze krótko o obsadzie. Kogo można było zaangażować do roli sparaliżowanego komandosa? – próbowałem znaleźć kogoś lepszego niż Worthington, ale niestety – ten człowiek pasuje do tej roli. Swoją drogą to jest jego 5 minut, które wykorzystuje kolejno w „Terminatorze”, „Avatarze”, a już w tym roku w „Zmierzchu Tytanów”. Mimo że wizualnie Sam prezentuje się jak tępy, wyboksowany żołnierzyk, to pokazał się jako naprawdę zdolny aktor i nie zdziwiłbym się, gdybym za jakiś czas ujrzał go w komedii. Jego filmowa partnerka Zoe Saldana też dostała od życia niepowtarzalną szansę. Świadczy o tym ranking najlepszych aktorek wg. Filmwebu, na którym Zoe zajęła pierwsze miejsce po polskiej premierze „Avatara”. Aktorzy obsadzeni w filmie zagrali naprawdę na porządnym poziomie, a żałować można jedynie tak mało czasu ekranowego dla Giovaniego Ribisi i Michelle Rodriguez.

„Avatar” jest innowacyjnym i rewolucyjnym filmem. Jest początkiem i końcem pewnych epok. Bez wątpienia teraz kina będą obrzucane produkcjami w trójwymiarze (pewnie większość kiepskich). „Avatar” udowodnił, że filmy pełne wybuchów, fantastycznych efektów są teraz największą kinową atrakcją. Ten film to pełna wspaniałych barw, niesamowitych zjawisk przyjemność dla oka. Posiada wszystkie atrybuty, aby zdobyć widza i jego portfel. Zastanawiam się tylko, czy film Camerona traktować jako czysto komercyjne dzieło czy prawdziwą sztukę.

P.S

Zawiodłem się na Hornerze, który po „Kronikach Spiderwick” napełnił mnie nadzieją na spektakularną muzykę do produkcji Camerona. Niestety ścieżka dźwiękowa ssie.

2009 oczami Kozła

Koziołkuj ostatnio przechodzi kryzys osobowości i jego notki po prostu nie wychodzą. Świąteczny żar już przygasł w kominku, a ja nadal się opierdzielam. Wąskie grono czytających pewnie zlinczowałoby mnie za tą samowolkę, więc postaram się naprawić zło, które wyrządziłem. Na początek postanowienie noworoczne – więcej pisać.

Teraz już tak w temacie. Patrzę, czytam kolejne zestawienia roczne i podsumowania na filmwebie, stopklatce czy blogach filmoznawców. Czemu ja mam być gorszy? Też swoje zestawienie zrobię, a co!

Na początek  hasła:

Bękarty Wojny

Christopher Waltz

Quentin Tarantino.

Więcej na temat roku ubiegłego pisać nie trzeba.

P.S

Niedługo Sherlock i Avatar – oł je!

Wesołych!

Wesołych!

Starsze pozycje »

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.